| |
Opis:
"Męski członek nabrzmiewa i tryska; wydobywa się zeń życie samo w sobie, zaczyn pierwotniejszy niż sam człowiek" 1). Wokół boskości fallusa i magii opium powstało już tyle literatury, że nie sposób rzec cokolwiek świeżego, dość wspomnień De Quinceya... ale biżuterii egzemplifikującej wspomnienia smaku spermy i świeżego maku jedzonego wprost z makówki - pragnę wierzyć - nieco mniej.
Teraz zgodnie z brzmieniem tytułu ("Słodko-słony") kilka sentymentalnych wspomnień minionych smaków, które utkwiły jak echo w mojej świadomosci i w chwili gdy otrzymałam do rąk, ten tyleż wdzięczny co budzący wiele ambiwalencji materiał, jakim jest srebro uwięzione w glinie, ożyły i postanowiłam je zakląć w formach jakie pozwala tworzyć technika art clayu. Formach infantylnych, kiczowatych, żartobliwych trochę, jak urokliwe wspomnienia z młodości właśnie, takie ot z oleodruku...
Otóż jako jednostka uwielbiająca jadło, mam też podniebienie obdarzone ogromną pamięcią i jednym z takich refleksów jest smak świeżego maku, niemożliwy do zweryfikowania w dzisiejszych czasach, ze względu na zakazy jakimi objęta jest jego uprawa.
Pamiętam doskonale mak, który rósł w naszym ogrodzie, najpierw łan fantazyjnych liści i wdzięcznie wygiętych łodyg z nęcącymi pąkami pokrywał się zwiewnym kwieciem w powabnych odcieniach bladego różu i fioletu, następnie chwura znikała w kilka dni by odsłonić las dostojnie pięknych i tak pociągających w kształcie zielonych makówek. Makówki dojrzewały - mak zaczynał w nich grać i wtedy wędrowały związane w bukiety na strych, gdzie wisiały, by doschnąć i czekały dnia otwierania.
To był wspaniały dzień nasycony wszelkimi odcieniami błękitów i niezapomnianego smaku, smaku świeżego maku z cukrem, który rozpływał się w ustach pozostawiając na podniebieniu niepowtarzalną lekko gorzkawą słodką tłustość, która pod koniec października w imieniny babci przybierała najwspanialszą w możliwych form ucztowania - tort makowy.
By oddać tę mrzonkę sięgnęłam po nęcącą od wieków w sztukach dekoratywnych makówkę - potraktowałam ją linearnie i umieściłam w dość ciężkiej formie obrączki, wykonanej tak, jakby była sklejona z resztek ciasta. Wszytko poddałam oksydacji, by nadać nieco koloru a przez to światłocienia i lekkości całej pracy.
Drugie "dzieło" to flirciarska postać żartu ze wspomnienia zgoła innego smaku - smaku słonawego - smaku spermy. Forma fallusa, po jaką sięgam potraktowana została groteskowo - wykorzystując walory wateriału po prostu ulepiłam go, jak dziecko ludzika z plasteliny. By jednak mojemu uwielbieniu dla wszelkich przejawów kiczu stało się zadość, na szczycie wypolerowanej żołędzi wykwitła perełka.
Na reszcie pierścionka pozostawiłam dukt lepiącej go dłoni i oczywiście kolor czystego srebra by wyakcentować jeden z wielu odcieni smaku spermy, metaliczny akord, podobny temu, który zostawia morska woda zlizana z metalowej barierki podczas gdy powietrze nasycone jest ekstremalnie zapachem jodu w wietrzny, deszczony nadmorski dzień.
1) Pascal Quignard "Seks i trwoga", Czytelnik, Warszawa, 2002, s.9
|